Moja walka z wirusowym zapaleniem wątroby typu C - HCV
Kategorie: Wszystkie | hepatitis c virus | na oddziale
RSS
niedziela, 10 marca 2013
a miało ...
Po 7 miesiącach separacji nadszedł czas na rozwód, który już mam za sobą. Nieudane małżeństwo i rozwód wywarły duże piętno na mojej psychice. Ciężko się pozbierać.
A miało być tak pięknie ..... miało trwać sto lat.
17:53, hcvirek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 stycznia 2013
na lajcie
Czas płynie bardzo szybko... Jeszcze chwila i będzie już rok po terapii. W pełni doszłam do siebie, powiem nawet że bardzo szybko organizm wrócił do siebie. Przed leczeniem doskwierał mi ból brzucha po jakimś cięższym jedzonku czy alkoholu, częste zgagi i ból nóg... okropny ból nóg jakby ktoś mi je wydrzeć chciał. Wirusa nie ma i te dolegliwości zniknęły. Lepiej się żyje bez niego nawet jeśli się nie wiedziało o jego istnieniu.
Żyje sobie spokojnie ... poznaje nowych ludzi, czytam książki, obserwuje świat, jest fajnie. Małymi kroczkami do przodu.

15:51, hcvirek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 listopada 2012
Najpiękniejsze kwiaty...
Dzisiaj Twoje ...urodziny
Wszystkiego najlepszego i szczęśliwych lat
Róża tylko jedna jakże jest przyjemna
Nie martw się mała ...
...na kwiaty przyjdzie jeszcze czas...
...na kwiaty przyjdzie jeszcze czas...

Najpiękniejsze kwiaty
człowiek dostaje
na swoim pogrzebie
  najpiękniejsze kwiaty
człowiek dostaje
...na pogrzebie...


24 poleciało ...
19:59, hcvirek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2012
Jesień...
Moje życie odwróciło się o 180 stopni. Jednak czuje ze jeszcze będę w pełni zadowolona z tego. Zwolniłam się z pracy z zamiarem wyjazdu z mojej miejscowości. Niektórzy uznają to jako ucieczkę... może trochę nią jest chociaż ja w ten sposób o tym nie myślę. Czułam się zmęczona tym otoczeniem, potrzebowałam tego aby się wyrwać stamtąd. Byłam tydzień w Gdańsku, czułam się tam rewelacyjnie, odpoczęłam od mojej miejscowości, ciągłego zainteresowania społeczności moją osobą z uwagi na rozpad małżeństwa. Kto nie mieszkał na wsi nie zrozumie. Jeszcze w trakcie małżeństwa nie chciałam tam żyć, byłam tam tylko ze względu na niego. Rozpad małżeństwa wywołał w mojej mamie nadopiekuńczość w stosunku do mojej osoby. Która z kolei wywoływała moją frustracje brakiem prywatności i zakazami spotykania się ze znajomymi bo "co ludzie powiedzą". A niczego w tym trudnym czasie nie potrzebowałam tak jak przebywania między ludźmi których lubię i z którymi czuje się dobrze. W Gdańsku upewniłam się że chce wyjechać do dużego miasta gdzie jest więcej możliwości, daleko od domu i małymi kroczkami składać życie na nowo.
Od niedzieli jestem we Wrocławiu. Już znalazłam prace. Nie wiem jak będzie dalej ale czuje spokój, błogi spokój którego w domu brakowało mi. O Hcv w zasadzie jakbym zapomniała. Mam nadzieje że on o mnie też teraz i na zawsze. Po terapii już calkowicie doszłam do siebie.
Jest dobrze:) 

15:28, hcvirek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 września 2012
Staw czoła potworowi a jego potęga zniknie! MINUS:)
Dostałam dziś telefon od mojej pani doktor z dobrą wiadomością. Pół roku po terapii jest minus. Udało mi się wytępić dziada.
Jest radość. Może w końcu zacznie mi się układać.

Mam dziś wizytę u adwokata, który będzie pisał mój wniosek o rozwód. Kolejny krok. Oby temu stawić czoła, mieć to za sobą i w końcu żyć.
14:57, hcvirek
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 września 2012
czy to plus czy minus
Myślę, że w najbliższym tygodniu będzie wynik. Znowu kołata mi się po głowie utwór Magika "plus czy minus". Znałam ten kawałek wcześniej ale nabrał innego znaczenia gdy dowiedziałam się, że mnie dotyczy.
Podjęłam decyzje o rozwodzie. On nic nie zrobił, nie walczył..nawet nie przeprosił, zero inicjatywy. Pewnie tez chce rozwodu. Niestety nie dorósł do małżeństwa. Szkoda że tak chciał tego ślubu.
Trochę topie to wszystko w piwkach, papierosach i zielonym...ale i to już mi obrzydło. Trzeba się podnieść i myśleć co dalej ze sobą zrobić. Jeszcze w zawieszeniu jestem bo czekam na wynik. Potem podejmę jakąś decyzje co dalej...

Plus i minus to jedyne co widzę
Plus i minus to jedyne co słyszę
Plus i minus to jedyne czym żyję
Plus i minus to jedyne, jedyne jest!
Plus i minus, plus i minus, plus i minus
Czy to plus czy to minus był
Plus i minus, to jedyne co widzę...

12:54, hcvirek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2012
poł roku po terapii
W poniedziałek trzy tygodnie od naszego rozstania. Nic ta sytuacja go nie nauczyła i już nie nauczy. Jutro składam wypowiedzenie w pracy. Potem jadę w Bieszczady, jedyne miejsce które może ukoić moja dusze...wrócę i wyjeżdżam stad. Życie składać od początku.
Nie chce tu zostać, za bardzo wszystko boli..za dużo żalu. Ciągle sobie powtarzam..nie pozwól mu wrócić, nie zmięknij.. wiem że muszę to przetrzymać a potem będę się cieszyć że udało mi się zakończyć to małżeństwo. Jestem bardzo zmęczona psychicznie, rok terapii..rok ciągłej walki z nim o podstawowe zachowanie które powinien wykazywać maż..i walki o to małżeństwo. Nie docenił, zniszczył wszystko, posypało się jak domek z kart.
W rodzinie i przyjaciołach mam duże wsparcie, dzięki temu daje rade przetrwać ten czas...tylko czasem wieczorami siadam i płacze, trudno mi uwierzyć że był zdolny zniszczyć to wszystko. Zastanawia mnie jedynie dlaczego przed ślubem był innym człowiekiem...później zmienił się o 180 stopni...i z każdym miesiącem było tylko gorzej.
W poniedziałek jadę na badanie hcv rna, pół roku mija od zakończenia terapii. Dzwoniłam do mojej lekarki prowadzącej, jak zawsze jej podejście do pacjenta chwyta za serce. Wymarły gatunek...lekarz z powołania. Szczęście w nieszczęściu że udało mi się trafić na kogoś takiego. Dużo mi pomogła, więcej niż należało do jej obowiązków.
Zobaczymy jaki będzie wynik... plus byłby w obecnej sytuacji mojego życia ciężkim tematem do przegryzienia. Ale będzie co ma być...spróbuje uporać się ze wszystkim. Im bardziej życie daje w kość tym bardziej odpornym staje się człowiek.
Podobno Bóg zsyła na nas tyle ile jesteśmy zdolni udźwignąć. Na tym etapie mojego życia bardzo cienka jest ta granica między tym ile zniosę a kiedy się złamie.

Będzie dobrze będzie dobrze będzie dobrze......





18:26, hcvirek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 sierpnia 2012
życie połamane jak patyk...(Kat)
Nie chce się rozpisywać... posypało mi się życie, mam tyle żalu w sobie, wychodzi ze mnie tylko przez łzy...morze łez. Moje małżeństwo rozpadło się. Wiedziałam, że on nie zrobi nic dla nas. Po raz kolejny przekroczył granice.
Jedynym pocieszeniem dla mnie jest to że zrobiłam wszystko żeby nam się udało bo i wszystko byłam zdolna zrobić dla niego. A on w zamian..szantażował mnie, obrażał, próbował manipulować, obwiniał za swoje błędy, krzyczał, aż w końcu zaczął używać siły przeciwko mnie. Nie wiąże tego z chorobą czy terapią. Chciała bym nie zmieknąć i nie pozwolić mu wrócić. Po tym wszystkim co przeżyłam przez niego i tak nigdy już z nim nie będę szczęśliwa a wręcz będę nieszczęśliwa.
Tylko nie wiem jak się z tego pozbierać? liczyłam że z każdym dniem będzie lepiej..a jest gorzej.
19:07, hcvirek
Link Komentarze (2) »
środa, 15 sierpnia 2012
czas biegnie
Minęło już pięć miesięcy od zakończenia terapii. Bardzo szybko minął mi ten czas, we wrześniu trzeba zjawić się na oddziale na badanie na obecność wirusa. Mam wrażenie, że nie minęło aż tyle czasu od mojej ostatniej wizyty tam. Darzę sympatią doktor prowadzącą moje leczenie dlatego łatwiej jest mi tam wrócić bez większej niechęci. A chyba nikt dobrze nie wspomina terapii, każdy czeka żeby mieć ją za sobą najlepiej z minusem. Niestety nie każdemu się udaje...
Po terapii został mi jeden zły nawyk. Pod koniec leczenia zaczęłam palić papierosy po ok4letniej przerwie i jak dotąd nie przestałam. Przeżywałam wtedy duże obciążenie psychiczne związane z terapią i problemami w małżeństwie z którymi akurat jeszcze ciężko się uporać. W tym wszystkim to najbardziej mojej wątroby mi szkoda którą trzeba oszczędzać przez wzgląd na C dlatego dobrze byłoby przestać się podtruwać.
Dołączam kilka zdjęć który wykonałam w trakcie urlopu na mazurach i nad morzem.























czwartek, 07 czerwca 2012
nie da się rozwinąć skrzydeł

Mało myślę o wirusie, żyje jakby terapia na stałe zakończyła się minusem…tylko czasem liczę miesiące, dni kiedy badanie na wykrycie wirusa… i kiedy wynik, a pewnie dostanę go w okolicach moich urodzin. Będzie „niespodzianka”.



10:08, hcvirek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2012
...
Niedługo mija dwa miesiące od zakończenia 48tygodniowej terapii mającej na celu zniszczyć C. Wiele się nie zmieniło, ale co najważniejsze nie męczę się fizycznie tak szybko i nie potrzebuje tyle snu co w trakcie leczenia. Samopoczucie może byłoby lepsze ale przytłaczają mnie inne problemy. Nie dogaduje się z mężem. Rozmijamy się, okazuje się że każde z nas ma inne priorytety.


 
17:38, hcvirek
Link Komentarze (3) »
piątek, 30 marca 2012
Wygrałam walkę lecz bitwa trwa
Dostałam dziś telefon od mojego lekarza prowadzącego terapię :
NIE WYKRYTO WIRUSA WE KRWI !!!
Jest dobrze. Zaczęłam sięgać myślami w dalszą przyszłość i planować życie ... bez wirusa.
Wiem, że za wcześnie. Ale miło się robi myśląc o tym. 
Może teraz będzie już lepiej... może trochę się wszystko uspokoi. Może to okropne zmęczenie zniknie całkiem.
Czekam teraz na pozytywne doświadczenia po zakończeniu terapii i negatywny wynik badania pół roku po leczeniu.
Czego wszystkim życzę!

18:26, hcvirek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 marca 2012
w zawieszeniu
Czekam ciągle na wynik, w zasadzie dopiero dwa tygodnie. W 4 tygodniu szybko miałam wynik, chyba dwa tygodnie nie minęły, a w 12 tygodniu czekałam miesiąc. Mogę czekać...byle minus był. Na razie nie odczuwam wielkiej różnicy po zakończeniu terapii...ale jest jedna dosyć znacząca która mnie cieszy, że nie potrzebuje już tyle snu i rano kiedy muszę wstać budzę się przed budzikiem i czuje się wyspana..nie wiem czy jest to oznaką dochodzenia organizmu do swojej formy czy wiosna tak na mnie działa. Dobrze jest mieć trochę więcej energii i nie czuć się takim zmęczonym. Tym bardziej, że mało kto rozumiał mnie i moje zmęczenie w trakcie leczenia. Nie zapomnę kryzysu jaki przeszłam w piątym miesiącu terapii...kryzysu fizycznego. Znalazłam wtedy prace, w zasadzie musiałam pracować za siebie i często wykonywać zajęcia które należały do mojej zmienniczki, jej nie przeszkadzało że coś jest nie zrobione i że zostawia to mi i masę innych zajęć jakie mam do wykonania na swojej zmianie. A ja nie mogłam tego tak zostawić, musiałam to zrobić więc pracowałam na pełnych obrotach. Do domu wracałam nieprzytomna. Gdyby nie leczenie myślę że nie czułabym takiego zmęczenia ale wszystko się skumulowało. Utkwił mi w pamięci moment który dobrze odzwierciedla w jakim wtedy byłam stanie. Było to po drugiej zmianie, wróciłam do domu, padłam w bezruchu na łóżko, ból całego ciała...a najgorsza była ta bezsilność która doprowadzała mnie do płaczu, długo nie mogłam zmobilizować się aby się podnieść. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego okresu aby zmęczenie było tak silne mimo że zdarzało mi się niejednokrotnie pracować ciężej niż wtedy w trakcie terapii. Jak widać organizm ma wtedy swoje prawa ale nie miałam wtedy możliwości żeby dać sobie więcej odpocząć. Na terapii chyba nigdy nie da się poczuć wypoczętym. A było by też źle gdybym nie pracowała...dłużyłby się czas leczenia i za dużo miałabym czasu na myślenie.
To był jeden w zasadzie drugi z dwóch okresów najgorszych jakie przeszłam w ciągu tego roku. Pierwszy to w 2-3 miesiącu leczenia jak psychika dała o sobie znać. Poznałam namiastkę tego czym jest choroba psychiczna, w jakim człowiek jest stanie i co czuje. Od tamtej pory bardzo współczuje osobom mającym problemy psychiczne. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy na czym ten problem polega, gdy się tego nie przeżyje chyba nie można zrozumieć jak to jest. Agresja wybuchająca przez sytuację która nie była powodem do jakiejkolwiek złości, a złość tak silna że ani przez myśl nie przeszło że nie mam racji. Dopiero gdy emocje opadły zrozumiałam. Uciekałam przed ludźmi...w zasadzie to przez prawie całą terapię. W domu chowałam się przed rodzicami bo denerwowali mnie wszystkim a nie chciałam się na nich wyładować bo gdy ochłonęłam było mi wstyd wiedziałam że nie słusznie, a oni nie rozumieli że leki sieją spustoszenie i nie jestem sobą. I lęk...napady płaczu, strach jak to będzie, jak mi się żyć nie chce, po co się męczyć wszystko jest do niczego, jestem beznadziejna. Płacz, płacz, płacz. Nie chciałam leków psychotropowych, rodzina też krzywo na to patrzyła gdy oznajmiłam że idę do psychiatry.. jednak przekonało mnie do tego osoby odwiedzające bloga i osoby z którymi rozmawiałam na chacie Prometeuszy. Chwała Wam za to. Przez pewien czas wspomagałam się lekkimi tabletkami anty lękowymi w końcu poczułam się sobą...a później odstawiłam i dałam już radę sama.
Pod koniec terapii zaczęłam wychodzić do ludzi. Dawniej byłam towarzyska:) na leczeniu kontakt z innymi osobami był trudny do zniesienia, sama nie wiem dlaczego, zamknęłam się w sobie i unikałam wszystkich. Trochę i z powodu zmęczenia jakie odczuwałam, po postu nie chciało mi się,wolałam spać. Teraz jak tylko mam czas spotykam się ze znajomymi. Może pomału zaczynam być sobą. Mój M miałam przez ten rok trochę pretensji do mnie że ciągle tylko w domu chce siedzieć, że nie spotykamy się ze znajomymi. Było to trochę egoistyczne z jego strony bo nie próbował zrozumieć że nie mam siły i ochoty. Było to też trudne dla mnie ciągłe pytania dlaczego schudłaś, dlaczego nie pijesz, dlaczego jesteś taka blada.
Ale to już za mną.
17:05, hcvirek
Link Komentarze (2) »
środa, 14 marca 2012
48/48
Zakończyłam moją 48 tygodniową terapię.
44 x 180 i 4 x 135 Peginterferon alfa 2a
1680 x  200 Copegus.
Wczoraj byłam na oddziale, wykonali standardowe badania krwi wraz z badaniem na wykrywalność wirusa. Wynik na przełomie kilku tygodni. Na zakończenie zrobili mi też usg jamy brzusznej, wszystko prawidłowo. Chcieli mnie zostawić na oddziale, ponieważ taka jest formalność że przy tych badaniach kładą nawet na trzy dni, czasem puszczą na drugi dzień a w rzeczywistości mogą to wykonać tak jak zrobili to mi w jeden ranek:) i do domu.
Zerkam na zegarek i myślę.. czas na tabletki. Po roku trochę się szło przyzwyczaić. Myślałam, że odczuje ulgę gdy skończę terapię, ale nie czuje nic. Gdyby mi zaproponowali przedłużenie terapii do 72 tygodni za czym szła by większa skuteczność leczenia, wzięłabym. Ale w przypadku moich wyników terapii nfz nie refunduje przedłużenia, chyba znak że po 48 rokuje na minusa. Pani doktor ocenia moje szanse na duże, ale wirus może zaskoczyć.
Dopytałam się, w razie niepowodzenia, pół roku odpoczynku dla organizmu i mogę zaczynać dalej, podobno najlepszy wtedy czas, aby dużej przerwy nie było między terapiami.
Zastanawiam się kiedy odczuje i w jaki sposób okaże to mój organizm zaprzestanie stosowania leków.
Ostatnio już wolno kontaktuje, może wróci lepsza koncentracja i pamięć. Może to nie tylko leki ale i zmęczenie, brak czasu, niewyspanie.
Strzykawki z igłami oddałam na oddział do utylizacji. 




środa, 29 lutego 2012
Koszmary cd. (47/48)
Dalej męczą mnie koszmary, teraz trochę inne niż wcześniej w sumie chyba gorszę. Prawie co noc śni mi się coś związanego z zakażeniem hcv. Ciągle coś co wywołuje we mnie strach. Brak trwałej odpowiedzi na leczenie lub zakażenie kogoś z bliskich. Męka. Czekanie na wynik po terapii i na kolejne badanie po pół roku(mam nadzieję że będzie mi dane dzięki minusowi po terapii na którego mam smak) chyba będzie gorsze niż rok leczenia który prawie za mną. Już zaczynam odczuwać stres z tym związany.
 Ciągle wszystko kojarzy mi się z moim wirusem i jakoś nie mogę dać sobie na luz. Nadmiernie się przejmuje wynikiem leczenia co tworzy zamęt w mojej głowie. Nawet nie wiem czy z gen4 dostałoby mi się drugie leczenie? bo na badania kliniczne, trzy leki i takie tam nie ma szans mając czarny genotyp...buu. W sumie pewnie najgorszy z występujących genów w Polsce trafił mi się, zasadniczo prawie lub tak samo trudny w wyleczeniu jak 1, a przez mniejszą ilość osób zakażonych nim nie ma wielu badań związanych z tym genotypem.
13:06, hcvirek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 lutego 2012
Poleciała



   Dziś odebrałam ostatni raz w historii tej terapii interferon
i rybawirynę. Niestety czego się mówiąc szczerze nie spodziewałam morfologia poleciała dokładniej neutrofile na tyle że zmniejszyli mi dawkę na 135 interferonu. Płytki też spadły do 72 ale to byłoby do przejścia jednak neutrofile nie. Bardzo chciałam dotrwać na pełnej dawce do końca terapii...nie udało się. Mimo to myślę, że całkiem dobrze mój organizm dał sobie radę przez ten czas i może ta zmiana w ostatnim miesiącu nie odegra dużej roli w końcowym efekcie leczenia. Ostatnio czuję się fizycznie trochę gorzej, stężenie leku jest duże w organizmie i pewnie to daje o sobie znać w postaci zmęczenia, a mówiąc tak po prostu: nic mi się nie chce:) Dokłada się zima którą ciężko znoszę przez problem z krążeniem który jest przyczyną odmrożeń palców u stóp. I nie pomoże ograniczenie do minimum przebywania na zewnątrz i ciepłe ubranie. Tak samo dopiekła mi zeszłoroczna zima. Ze smutkiem patrze przez okno na kuligi...na które nie mogę iść z powodu stóp. Ale obiecałam sobie że zajmę się tym i zmobilizuje do kolejnej wizyty u lekarza która może przyniesie rozwiązanie tego problemu.
Zaczynam odliczanie ostatnich czterech tygodni leczenia... 




środa, 01 lutego 2012
43
Wiele za mną. Moja morfologia bez większych zmian, na tyle w granicach normy jak na terapię, że bez przeszkód mogę na pełnej dawce walczyć z wirusem. Myślę, że będzie tak już do końca, pozostało mi tylko jedno badanie morfologii.
Wielka to ulga dla mnie, że kończą się moje wizyty na oddziale. Ciągle nie mogę pogodzić się z bezmyślnością pielęgniarek i za każdym razem gdy tam jestem obawiam się, że podarują mi jakiś bonus.
Psychicznie kondycję mam dobrą, leki i terapia nie mają teraz żadnego wpływu na nią. Kilka problemów dotknęło mnie i długo zeszło mi wyjście z dołka, ale leczenie nie miało z tym związku. Teraz jest trochę lepiej. Raczej unikam pisania gdy kiepsko się czuję, mimo że mi to pomaga. Co chwile dochodzą do mnie różne informację poparte jakimiś badaniami nad wirusem c które nadwyrężają moją wiarę w wyleczenie, staram nie dobierać sobie tego do głowy, chyba czasem lepiej nie wiedzieć?
Egzaminy mam za sobą, czekam jeszcze na wynik jednego ale reszta poszła śpiewająco więc i tak jest dobrze. W końcu mam trochę czasu żeby przyhamować to życie w biegu.
Znalazłam czas żeby znowu wybrać się do kina, w końcu mam czas żeby oddać się lekturze. Tak byłam stęskniona że w momencie pochłonęłam książkę która trafiła w moje ręce. Była to „Lolita” (Vladimir Nabakov). Mam co do niej mieszane uczucia może przez temat jaki jest w niej poruszony, jest to dziennik 40 letniego mężczyzny opisującego swoje zafascynowanie 12letnią dziewczynką. Jest dosyć fajnie pisana jak na jej przewodni wątek dlatego szybko ją wchłonęłam. Utkwi mi w pamięci dlatego mogę powiedzieć że była warta czasu poświęconego na przeczytanie jej.
Najbardziej nie lubię gdy zacznę książkę i nie wciągnie mnie wtedy katuszem jest dotrwać do końca, ale na szczęście rzadko zdarza się żeby taka książka trafiła w moje ręce.
Następnie przeczytałam książkę pt. „Pochwała macochy” (Mario Vargas Llosa) zawiera również wątek erotyczny, w zasadzie jest to przewodni wątek..  Spodziewałam się czegoś więcej ale przeczytałam ją ponieważ ciekawiło mnie jakie autor znalazł zakończenie tej historii i było ono najlepsze z całej zawartej w niej treści.  
Nie lubię książek które są cienkie, jeden czy dwa dni i po książce, minie kilka dni i zapominam o niej… uwielbiam grube książki które na długo zostają w pamięci.

20:48, hcvirek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 stycznia 2012
widać koniec

Brakło czasu i chyba chęci żeby coś naskrobać. Święta pochłonęły mnie. Terapię znoszę jak wcześniej czyli dobrze. Wyniki wporządku i ciągle lecę na pełnej dawce. Cały grudzień był dosyć intensywnym miesiącem dla mnie a styczeń będzie jeszcze gorszy. Szkoła co weekend + egzaminy,  praca i brak wolnego dnia przez cały miesiąc…Ale dam radę chociaż marzę żeby pospać i mieć wszystko gdzieś. Wkurza mnie presja jaką czuje w związku z efektem leczenia. Gdybym sama sobie żyła nie martwiłoby mnie to, co będzie to będzie.. ale ciężko mieć takie podejście jak rodzice tylko czekają żebym skończyła terapię i żeby zapomnieć że coś takiego miało miejsce. Maż też czeka na to i nie myśli o czasie na regeneracje dla mnie tylko ma fazę na potomka. Nie dociera że chcę czekać co najmniej do wyniku badania które będę mieć pół roku po zakończonej terapii. Lub po kolejnej.

Jeszcze tylko dwa razy jadę na oddział odebrać leki. Ciągle liczę i cieszę się że coraz mniej mi zostało. We wtorek 40 zastrzyk. Wielki dzień.

Przyznam się że odcięłam się od wszystkiego co dotyczy hcv. Nie chce nic czytać, nic wiedzieć, wole nie myśleć. Tak jest łatwiej. Po 40 tygodniach leczenia i czasie oczekiwania na nie…mam dosyć.  

22:04, hcvirek
Link Komentarze (6) »
środa, 07 grudnia 2011
35/48

Pierwszy raz zdarzyło mi się zapomnieć o zastrzyku…spóźniłam się ok. 8 godzin. Niby nic wielkiego ale lepiej pilnować tego czasu iniekcji.

Trochę się czułam już jak zdrowa osoba w sensie wolna od wirusa…

Ale zdałam sobie sprawę że wirus może być przebiegły, schować się w 24 tygodniu w 48 też a pół roku po leczeniu powrócić żeby dobić. Tu się ciesze że widać już koniec a z drugiej strony napawa mnie on strachem. Pozostało cieszyć się tym czasem kiedy nie ma go w mojej krwi…przynajmniej nie został wykryty bo nie wiadomo co będzie potem.

Teraz moim głównym problemem są zaliczenia, brak mobilizacji i skupienia. Nie wiem czy to leczenie mnie tak ogłupia czy mam jakiś problem ze sobą…

Ciągle nachodzą mnie myśli gdzie, kiedy i kogo mogłam zarazić gdy nie wiedziałam że go mam.

Włosy zaczęły mi odrastać, grzywkę mam z tych nowym włosów. Ciągle używam kremu a-derma i moja skóra jest ładniejsza niż przed leczeniem, nie lubię tego zapachu ale działa tak rewelacyjnie że zniosę woń owsa.

Psychika bez leków jakby sama się uspokoiła. Niedługo święta. Hmm pamiętam jak w ostatniego sylwestra nie mogłam pić alkoholu bo powodował ból brzucha ….kto by pomyślał że to wątroba. Patrze na zdjęcia i widzę że byłam żółta, brzmi to śmiesznie ale nie tylko ja to zauważam. Kiedyś czasem mama pytała mnie też dlaczego jestem taka żółta. Myślałam że mam taką cerę. Teraz ludzie pytają mnie dlaczego jestem taka blada. Lepsza blada niż żółta.

15:27, hcvirek
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 grudnia 2011
moje hcv
Chyba nigdy nie wspomniałam o tym skąd obecny tytuł bloga. Jakoś zaraz po wiadomości o wirusie w chińskim ciasteczku ukazało mi się to zdanie.
Pomyślałam, że moim jedynym potworem w obecnej sytuacji jest ten który siedzi we mnie ...moje hcv.


Przed wizytą w krwiodawstwie i informacji że mam wirusa nigdy nie słyszałam o wzw c. Nie wiem czy obwiniać siebie za to, szkolę, rodziców, media?? może coś by to zmieniło, może nie miałabym teraz wirusa. Chociaż odpowiedź na to pytanie nawet gdyby się znalazła nic już nie zmieni. Rodzice sami nie wiedzieli o istnieniu wzw c. Ja mam do nich jakiś tam swój żal, że nie pomogli mi tak jak tego potrzebowałam gdy byłam nastoletnim człowiekiem a nawet ojciec przyczynił się do pogorszenia wszystkiego... a oni obwiniają mnie za moją chorobę.
Długo myślałam nad tym. Wiem kto zakaził mnie hcv. Gdy pozbierałam się po tej znajomości co trwało kilka lat i przez ten cały okres wyrzucałam sobie, że do niej doszło wręcz gardziłam sobą i tym cholernym zagubieniem jakie mnie do tego popchnęło, gdy już w końcu się z tym pogodziłam i przestałam myśleć, gdy zaczęłam żyć teraźniejszością a nie przeszłością okazało się że mam wirusa. Jakiś czas temu widziałam tą osobę. Ale jest we mnie tyle goryczy i żalu. Może powinnam coś zrobić...powiedzieć: człowieku masz wirusa i zarażasz innych. Wtedy nie zrobiłam nic bo widok tej osoby po kilku latach otworzył stare rany..do tego dołożyła się wiadomość, że mam od niego hcv.
12:12, hcvirek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Liczniki internetowe